W sobotę 1 października odbyła się wyprawa rodzin z naszej parafii, częściowo członków Scholi ale nie tylko. Nota bene rodzi się powolutku pomysł zainicjowany przez jednego z rodziców – wędrowanie z Kalasancjuszem. Wybraliśmy się do ruin zamku księcia Henryka w sąsiedztwie Staniszowa (na styku terenów Sosnówki, Marczyc i Staniszowa).

Wycieczka rozpoczęła się przy kościele w Staniszowie, skąd pieszo ruszyliśmy przez las na szczyt wzgórza. Tam, u stóp malowniczych ruin czekał na nas pan przewodnik i pasjonat tego miejsca, który zainicjował i realizuje opiekę nad tym uroczym zabytkiem. Czekało na nas też rozpalone ognisko, opowieści o historii zamku, a po zjedzeniu pysznych kiełbasek, była uczta dla oczu – piękna, przestrzenna panorama zbiornika Sosnówka, naszych gór, lasów z barwnymi dachami miejscowości, strzelistymi wieżami kościołów i tasiemkami dróg.

Później przewodnik wraz ze swoimi pomocnikami zorganizował dzieciom grę w podchody, poszukiwanie skarbów, a my, dorośli rozłożywszy się na niezwykle widokowych skałkach, zagraliśmy w niezwykle inspirującą gierkę „Pytaki”. Proste, wesołe i z pozoru zabawne pytania pobudzały nas do ciekawych dyskusji, refleksji, do poszukiwania odpowiedzi na ważne tematy. Siedzieliśmy na rozłożystym szczycie skałek, owinięci dookoła przepiękną panoramą Karkonoszy i Kotliny Jeleniogórskiej, poznawaliśmy swoje myśli, wymienialiśmy się wrażeniami, żartowaliśmy. Cudowna chwila, szczera, zabawna, tak bardzo potrzebna w codziennej gonitwie. Chwila, w której często dotykaliśmy pojęć wiary, Boga, relacji międzyludzkich i było to niewymuszone, serdeczne i szczere. Cenne przeżycie.

W międzyczasie nasze dzieci zostały zaprzęgnięte, dosłownie,  do ostatniej zabawy – wspinaczki. Pierwsze kroki wspinaczkowe z liną asekuracyjną w górę skałki nie rodziły tylu emocji co szeroko rozstawione kroki powrotne. Jako, że wszystkie dzieci były chętne, zabawa trwała aż do zmierzchu. W czasie, kiedy ostatni zapinali uprząż, reszta odmówiła pierwszą część różańca – tajemnicę radosną (modliliśmy się za siebie, nasze rodziny i różnych intencjach noszonych w sercu). Gromadka w liściastym lesie, z cicho szemrzącymi wiatrem, koronami drzew, z delikatnym brzdękiem linowej uprzęży, mówiąca chórem „Zdrowaś Mario…” to piękny przykład Kościoła Żywego, wiary, która przecieka przez mury zabytkowych kościołów do okolicznych lasów i wlewa się wprost do serc wiernych, jak rzeka światła rozlewająca się po zieleni by wpływać do studni naszych dusz.

Potem marszowe, wieczorne zejście przy asyście telefonicznych latarek i muczeniu krów na przydrożnych pastwiskach, zaskoczonych, że ktoś jeszcze wędruje o tej porze i przerywa ich leniwe trawienie. Każda taka wędrówka zbliża nas do siebie. Poznajemy się nawzajem, żartujemy, opowiadamy. To była bardzo inspirująca sobota. Z Bogiem.

« 1 z 3 »